Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynurzenia pokraczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynurzenia pokraczne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 kwietnia 2011

Postanowiłam pisać regularnie. O podróży.

O podróży mówiliśmy już dawno, bardziej w konwencji teorii, która miała nigdy nie doczekać się (z podświadomego, podwójnego naszego założenia) praktyki.

A teraz już jest, coraz bardziej namacalna, choć wciąż jeszcze niemal nie do uwierzenia, powoli rodzi się w umysłach, dokarmiana przeglądanymi zdjęciami i czytanymi relacjami. Marudzi mi T., że za dużo gadam o Rumunii, a ja ripostuję, że on swoją podróż do Skandynawii nazywa wciąż podróżą do Rosji. T. kupuje części do motocykla, a ja przewodniki. On wciąż martwi się, że za dużo zabiorę ciuchów, a ja kombinuję, jak wziąć jak najmniej, by więcej zmieścić przewodników i mini-słowników (nie wyobrażam sobie, by po rumuńsku chociaż nie spróbować się porozumieć, tyle się uczyłam!!!).

Nigdy nie łudziłam się, że podróżowanie jest domeną bohaterów książek oraz realnie żyjących bogaczy. Wiedziałam, że jest coś więcej niż "wakacje last minute" i "wczasy w Chorwacji". Od dziecka oglądałam "Pieprz i Wanilię", Cejrowskiego, czytałam National Geographic i chciałam być każdą kartką, każdym słowem tych historii. Ale zanim pojawił się internet nie wiedziałam, ze zjawisko to istnieje w takiej skali.
I to mnie niemal przeraża.
Nie liczba ludzi, ale ilość wrażeń już z tych miejsc skradzionych. Widmo turystycznego zysku, jakie pozostawili tubylcom, którzy zapewne od ich wyjazdu zdążyli nastawiać więcej budek z goframi i sklepów z pamiątkami.
Na Grobli Olbrzyma musieliśmy nieraz 10 minut czekać, by zrobić zdjęcie bez turysty w kadrze. Jak będzie teraz? Jedziemy w dzikie ostępy, ale dokąd zajedziemy naprawdę?

wtorek, 7 grudnia 2010

Kim i czy

To nic, że długo nie pisałam, ponieważ równie długo myślałam o tym, co, czy i czy na pewno chcę napisać. A napisać chcę, że boli. Boli wcale nie to, że wiem, że nie kochasz, lecz to, że nie wiem już, czy Ciebie kocham ja. Mimo kilku ostatnich lat pełnych nocnych łez i zagryzania zębów, mimo tego rozanielenia, gdy mnie obejmujesz - nie wiem. Nie wiem, czy nie wypaliła się we mnie ta część serca, która przeznaczyłam kiedyś dla Ciebie.
Ale o Tobie, jak zwykle, mogłabym jeszcze. Tym razem jednak - komputer nie mój i jeszcze klawisze zdradza, naskarżą, doniosą, że o Tobie, że zbyt osobiście, rozwiąźle napisałam i zbyt szczerze.
Birmingham jest śmietnikiem, do którego wpadłam jak skórka od banana, na którą tylko czekają, by zamknąć pokrywę. Brud, różnokolorowy tłum i zakupy w Tesco. Tesco unikam jak ognia, ale współlokatorka uwielbia eksplorować półki z produktami każdej kategorii i niekiedy nie udaje mi się uciec. Bywa, ze i 1,5 h z życia mam wycięte przez jej dylematy natury żywieniowej - czy wybrać jogurt odtłuszczony czy z ziarnami zbóż? Za 48p czy cztery sztuki za 72p?

Czym w ogóle jest mieszkanie w Birmingham? Nieustanną pogonią za ciepłem nagrzanego kaloryfera i nieustanną tęsknotą za rajem utraconym, pozostawionym w Polsce. Chęć ucieczki od wszechobecnych muzułmanów, którzy, choć kolorowi i przeważnie życzliwie nastawieni, przypominają nawet zawartością tescowych koszyków, że nie da się tu pozostać tym, kim się było, że oto bohater romantyczny znalazł się w rzeczywistości industrialnej machiny, napędzanej, wśród setek innych, również jego rękoma. Machiny wyzysku i poczucia wiecznego skazania na odciski na palcach, garb i poczucie osiągnięcia kresu swej wytrzymałości. Kołchozu szczęśliwych konsumentów chleba, wędliny i płatków śniadaniowych marki Tesco, polujących na kapitalistycznie okazje w Argosach i Asdach, oszczędzających w Funciakach i nieszczędzących przy weekendzie. Piekle wyboru mniejszego zła, pomiędzy polską a ciapacką dzielnicą, pomiędzy śniadym Aston a na wskroś słowiańskim Handsworth.

Ale mimo że otacza mnie to codziennie, że powinnam już wrosnąć to, zapuścić korzenie, stać się pracującą "Polką w UK" i może nawet zacząć udzielać się na jakimś emigracyjnym forum, to co dzień wracam myślami do Polski, swojego prawdziwego domu i chyba tam już zostanę.

Nie ma mnie tu tak naprawdę. I nie wiem, czy gdzieś jestem. Nie wiem, czy kiedy pojedziemy w końcu latem na te wymarzone Bałkany, będę choć tam. Zawsze wiedziałam, kim nie jestem, lecz nie wiem wciąż kim i, czy jestem.

poniedziałek, 6 września 2010

Z punktu A do punktu B

Zakochałam się w Walii. W dziwnie brzmiących gaelickich nazwach, w małych, urokliwych wioskach i Snowdonii. Zakochałam się w Szkocji, szkockim akcencie i nietypowych znakach drogowych. Zakochałam się w Anglii, choć ją ledwo widziałam, poza muzeum motocykli w Birmingham (pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów zabytkowych dwóch kółek).
Kocham się we wszystkich miejscach, których mnie nie ma, bądź, w których jestem epizodycznie tylko.

Czekam tylko na odwzajemnienie tej miłości, na gest, którym jedno z nich odpowie w końcu "to ja jestem tym Twoim. U mnie jest Twój dom." I może się kiedyś doczekam. Zbieram przewodniki, mapy, relacje z tylu miejsc, jak gdybym wierzyła, że któreś z nich w końcu swoją magiczną mocą mnie teleportuje. Oto znajdę się na południku takim-a-takim, tej-a-tej szerokości geograficznej i zobaczę, jak tam wygląda horyzont, wschód słońca, jak smakuje deszcz i plucha i, czy inaczej niż u nas chce się pić albo stawia się kroki.

Kiedy przemieszczasz się, zmieniasz położenie geograficzne, to jak dociera do ciebie, że naprawdę twoje położenie zmienia się względem innego punktu? Kiedy jedziesz samochodem/motocyklem/pociągiem, obrazy zmieniają się przecież tak, że ktoś mógłby je równie dobrze namalować na wielkiej płachcie i przesuwać za oknem stojącego nieruchomo pojazdu. A przecież musisz WIEDZIEĆ, że to prawda. Czy wyobrażasz sobie mapę, na której jesteś punkcikiem, przesuwającym się w miarę pokonywania kolejnych metrów, jak na ekranie GPS-a? Olbrzymi globus, na którym rysuje się, prowadzona twoim ruchem, linia?

Czy nasze zmysły są przystosowane do tego, by naprawdę poczuć fizyczną zmianę miejsca? Bo przecież, jeśli jadę dokądś, to wiem, jest dla mnie logiczne, że przemieszczam się. Ale dlaczego? Czy dlatego, że znam definicję ruchu? Że przeczytałam gdzieś, że X i Y podróżowali i to oznaczało przemieszczenie się ich z punktu A do B i, gdy dotarli do punktu B, to już nie było ich w punkcie A?

Jak to poczuć? Kiedy płynęliśmy z T. promem do Holyhead, zadałam mu to samo pytanie. Przecież nie mogę ogarnąć jednocześnie, nawet jednym zmysłem, drogi, która zostaje za nami, patrząc na tę, która jest przed nami, a której jeszcze w całości nie widzę. Gdy spojrzę za siebie, nie widzę już kierunku, w którym zmierzamy. Ale to przecież nie wszystko. Przecież, jeśli płyniemy, to pod nami znajduje się woda, jej hektolitry, a w nich zanurzone ryby, plankton, rośliny i to wszystko rusza się w każdej minucie.

Aby naprawdę ostatecznie uświadomić sobie, wniknąć w istotę przemieszczania się, musielibyśmy ogarnąć całość wszystkich punktów odniesienia. Wszystkie punkty, względem których się przemieszczamy, a to przecież trudne, a wręcz niemożliwe. Czy nie to jest przyczyną uczucia, które dopada nas po powrocie do domu, kołaczącego w głowie pytania 'czy naprawdę tam byliśmy?' Są zdjęcia, są pamiątki, jakieś wspomnienia, ale dlaczego tak mało z tego zostało w nas?. Dlaczego przewijamy to sobie jak film w telewizji? Jak slajdy?

Cierpię chyba na niedosyt przeżyć wszelakich. Niedointensywność.

niedziela, 15 sierpnia 2010

To lubię...

Lubię to.
Lubię, kiedy T. wraca z ostatniej nocki i po całym tygodniu narzekania, warczenia i wszystkiego-mu-przeszkadzania, uśmiecha się, pije piwo i wcale nie spieszy się spać.
Lubię z T. znajdować cudownie stare i kompletnie nieprzydatne przedmioty wyrzucone na wielką hałdę przy remontowanym bądź sprzątanym dla kolejnego lokatora mieszkaniu. Otwierać czarne worki, wyciągać stare czyjeś ciuchy, znaleźć stary cholera-wie-do-czego-służący Casio fx-750p, lampkę na biurko i butlę do palenia zioła.
Lubię, kiedy pakujemy motocykl i kombinujemy, gdzie to, czy tamto przyczepić, kiedy studiujemy mapę i zaznaczamy trasę.
Lubię czuć, że czas idzie do przodu, a ja już nie zostaję z tyłu jako bierny obserwator.

Nie lubię natomiast znajdować w statystykach wpisu: XY arrived on wciemnejdubie.blogspot.com by looking for "wciemnejdupie blog".
Od razu czuję się wtedy jak zbieg, na którego trop ktoś wpadł. Czy to ktoś przypadkowy, kto, raz przeczytawszy jakąś interesującą go notkę, postanowił sprawdzić, czy więcej na dany temat nie napisałam, a dokładnego adresu nie pamiętał? Czy to kilka różnych osób, czy też może jakaś jedna, z uporem maniaka wyszukuje mnie w sieci?
I wkurwiam się nie dlatego, że mnie ktoś wygooglował, ale dlatego, że nie wiem, czemu to służy, a dociekliwa ma natura każe takie zagadki rozwiązywać do końca. A nie lubię swej naturze nie móc pofolgować.

środa, 3 marca 2010

Nagroda pocieszenia

Jak niewiele potrzeba do ugłaskania mnie. Jak szybko umyka mój żal, gdy pan pokaże mi tylko kość. Mój głód jest niepohamowany. Uśmiecham się więc uśmiechem psim i wciągam zapach w nozdrza. Receptory węchowe stymulują wyobraźnię, już prawie czuję smak...

W psich snach myślę, co zrobię temu drugiemu, jak go spotkam. Jak zatopię kły w jego karku, jak szarpać będę skórę i mięso. Bo i po co się do głaskania nadstawiał?

Wciąż postanawiam sobie, jak to pana obszczekam, że jak to? Że głaskać tylko mnie może, bo po to przecież waruję u drzwi dzień i noc, nasłuchując, czy gdzieś z oddali nie słychać znajomego warkotu silnika.
Lecz wiem, że nie obszczekam.
Patrzeć będę tylko uparcie na podłogę w przedpokoju czekając, aż zobaczę jego cień. Zobaczę, jak wchodzi do domu w swoich ciężkich butach i jeszcze zanim zamknie za sobą drzwi, wyciąga do mnie dłoń. Podbiegnę wtedy, machając ogonem i podniosę wytęskniony wzrok.

Dobry pies.