Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli kalekujące. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli kalekujące. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 stycznia 2011

Czy da sie ulepić coś z niczego?

Wykasowana część maila:

Myślę o tym, czy jeszcze Cię kocham i, czy to, że nie myślę o Tobie wcale nieraz po kilka dni właśnie o tym świadczy. Czy po prostu wypaliło się we mnie coś, co kiedyś dawałam Ci co dzień - sto procent mojej uwagi, uczucia, oddania, a nawet jego nadmiar. Czy moje serce po prostu nie zmęczyło się bezsensownym wylewaniem emocji w pustkę, w której ginęły i marniały, jak rzucone na jałową glebę.
Myślę o tym, czy będąc w Polsce zobaczysz się z M. i, jak bym na to zareagowała teraz. I, czy tak samo jak kiedyś, czy byłoby mi to już zupełnie obojętne.

Mam takie myśli. I mam je często. I wtedy właśnie dzwonisz, a ja, odłożywszy słuchawkę, przeglądam nasze zdjęcia. Jak myjesz okna mopem w mojej czapce, jak spacerujemy po Grobli Olbrzyma i jak kąpiesz się z Miszą w błocie.
Gdzie ja znajdę drugiego takiego łacha? - myślę sobie i sama do siebie się uśmiecham, a czasem sobie popłaczę. Bo czasem jest mi z Tobą do łez, a czasem tak bardzo do śmiechu, że aż chce się żyć i przeżywać każdą taką głupotę. 

Wiesz, nie pamiętam już kto, ale ktoś mi kiedyś powiedział, że Ty zawsze w związkach masz opóźniony zapłon. Że kiedy dziewczyna kocha się w Tobie, to masz to gdzieś, a orientujesz się wtedy, gdy jej już przechodzi.
Nie wiem, czy mi przeszło. Tęsknię za Tobą, pragnę Cię, chcę Cię zobaczyć, usłyszeć, obmacać i powąchać. Ale już nie tak desperacko jak kiedyś.
Już całkiem inaczej.

***
I stało się tak, że pękło coś we mnie i wylałam z siebie całą przez te niemal trzy lata nagromadzoną żółć, którą kisiłam w bebechach swoich. I wyszło na to, że mam głęboki żal do Ciebie, że spłaszczyłeś tak kiedyś rozradowaną moją osobę, sprowadziłeś do poziomu kosza na śmieci, w który ładuje się swoje humory.

Jesteś chaotyczna, przestań palić, może byś w końcu poszła na studia, za dużo wydajesz kasy, za mało robisz czego innego.

Wszystko na "nie", wszystko u mnie jest poniżej krytyki, ponizej zera.
Nie można tego słuchać w nieskończoność. Nawet moja wytrzymałość ma swoje granice i w końcu zaczynam nad sobą płakać, choć mówię sobie, ze jesteś niesprawiedliwy, że powinieneś patrzeć na rzeczy inne - ze jestem, że Cię kocham, że nie chcę Cię zmieniać, tyko Ciebie wspierać, itp. Nawet mnie nie można tylko deptać.

I stało się.
Bombka spadła z choinki.

sobota, 12 czerwca 2010

...

Mieszkanie zatonęło w ciszy, której nie da się zagłuszyć muzyką. Muzyka to dźwięk martwy, automatyczny odczyt z systemu zero-jedynkowego, który nijak nie zastępuje odgłosu kroków, słów i oddechu.
W poniedziałkowy wieczór wracam z pracy, przemoczona do suchej nitki i siadam przy grzejniku. Włączam film, żeby coś gadało. Śpię cztery godziny. Rano wstaję z potwornym bólem głowy i wiem już, że to choroba.
Cały dzień mówię sobie, że muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie i wytrwam. Zajmuję się więc książką, ale czytam jedną stronę dziesięć minut. Gotuję rosół, który będę potem jeść następne pięć dni. Cisza jest tak głośna, że pulsuje mi w uszach. Po pracy kładę się do łóżka, z którego wywalają mnie wymioty. Rzygam na podłogę. Wycieram. Rzygam do sedesu. Zaparzam herbatę i kładę się do łóżka. Mam gorączkę: 38,5. Rzygam jeszcze parę razy do miski, którą przezornie stawiam koło łóżka. Czuję się źle, więc ryczę. Zmęczona, w końcu zasypiam nad ranem.
Środa to półgodzinna mobilizacja. Rozmowa o pracę. Idę, odbywam, wracam, kładę się do łóżka. Na dworze chłód, wilgoć i nie ma słońca. "Jeśli będzie padało, to wrócę wcześniej, może już w czwartek".
Oby padało.
Ale na irlandzką pogodę nigdy nie można liczyć, gdy jest potrzebna.
O 23:40 mam 38,8. W ciągu godziny temperatura dobija do 39 stopni. Słyszę wyraźne kroki. Ktoś jest za ścianą. Nie w sąsiednim mieszkaniu, na zewnątrz. Wydaje mi się, że słyszę oddech, ale tłumaczę sobie, że to przez gorączkę. Nie można słyszeć oddechu przez mur. Moje zmysły płatają mi figla pod wpływem temperatury. Na zewnątrz nikogo nie ma, a ja mam znów stany lękowe. Nigdy sobie z nimi nie radzę. Racjonalizacja wydaje się prosta do przeprowadzenia, ale nie idzie mi zbyt dobrze, więc zapalam wszystkie światła i nie wyłączam ich do rana. Ryczę. Albo oczy mi łzawią od gorączki, sama nie wiem.
Nie napiszę: "Jestem chora, okropnie się czuje. Czy mógłbyś wrócić wcześniej?". Nie napiszę nic, bo to byłoby znów zbyt żałosne. Jeśli napiszę, będzie wściekły. Będzie wściekły, że zepsułam mu wyjazd, że pewnie specjalnie się rozchorowałam, żeby udaremnić mu próbę odseparowania się od mojej osoby choć na chwilę. Obiecuję sobie i odkładam telefon. Późno w nocy uświadamiam sobie, że nic od poprzedniego dnia nie jadłam.
Czwartego dnia cisza udowadnia mi, że nie pójdzie tak łatwo i wygrywają ze mną 1:0 myśli S., które zapijam drugą butelką Casillero del Diablo i Smirnoffem. Nie znoszę wódki, ale mam nadzieję zasnąć. O 2:30 znów wymiotuję. Tym razem nie wiem, czy przez chorobę (39,2), czy przesadziłam z alkoholem. Jestem na siebie zła. Zła, że nie umiem być w samotności. Zła, że nieobecność interpretuję jako opuszczenie, a nie jako deficyt obecności. Telefon milczy.
Łudzę się, jak ostatnia idiotka, że nie dzwoni, choć miał, bo chce mi zrobić niespodziankę i wróci wcześniej. Podświadomie cały czas nasłuchuję. Słyszę gdzieś silnik motoru, ale to nie ten. Ale powoli wszystkie takie odgłosy stają się podobne do tego dźwięku. Wariuję.Znów ryczę.
Rano budzę się i znów nasłuchuję. Wyrzucam butelki w krzaki i idę do pracy. Nie mam już gorączki, być może dzięki zażyciu wszystkich gripexów świata. Dzwoni po południu. Mówi, że może wróci w sobotę. Że pójdą z bratem na ryby rano i pod wieczór będzie. Zadzwoni jeszcze później. Co za ulga. Ucieszona jak jasna cholera, wracam do domu i otwieram wino.
Nie dzwoni.
Znów mam w piersi ten sam, co zwykle, kamień. Boli mnie w okolicy serca. To takie niesprawiedliwe, że nie mogę tego wyrzucić, wyartykułować z siebie.Żeby po prostu przestało.
Ryczę do poduszki i przytulam się do bluzy, którą zostawił. Jeszcze trochę nim pachnie. Nie jestem warta tego, żeby przyjechał wcześniej, chciał się ze mną położyć do łóżka i przytulić. Woli iść na ryby, koncert, chlanie. Bo tam mnie nie ma, tam nie czepiam się go jak pająk i nie zasypuję swoją upierdliwą miłością.
Kiedy dzwoni rano, mówi, że będzie w niedzielę i mówi to wesołym, niefrasobliwym tonem. Dlaczego zawsze to robi? Zawsze wesoły i zadowolony z siebie mówi, że wróci później i na tle jego wesołości mój wisielczy ton wydaje mu się czymś dziwnym, choć wie, że czekam cały czas i nasłuchuję jak ten pies u drzwi. "Co robiłaś?"
A co miałam robić? Przy moim bujnym życiu towarzyskim został mi komputer i gapienie się w sufit. Przeryczałam i przepiłam cały tydzień. Jak dziecko. Z problemem alkoholowym.
Zawsze, gdy jestem smutna, pyta, czy mam depresję, tak jakby to był stan porównywalny z gorszym humorem. Tak, mam depresję, mniej więcej połowę swojego żałosnego życia i doskonale wie o tym. Sam do niedawna zmagał się z tym, więc wie doskonale, jakie myśli nachodzą człowieka, gdy zostaje sam. A mimo to wciąż te głupie pytania. "Jesteś zła?", "Jesteś smutna?". "DALEJ jesteś smutna?".
Tak, jestem. Nie umiem juz być bez Ciebie, nie umiem Ciebie zamienić na koncert i tygodniową przejażdżkę, tak jak Ty mnie. Mam myśli poplątane w głowie. Myśli złe, myśli najgorsze z możliwych. Myśli, które odchodzą, kiedy wygłupiamy się i śmiejemy, kiedy czuję, że naprawdę JESTEŚ ze mną, bo tego właśnie chcesz.

Myśli, które wracają zawsze, gdy zapada cisza.

wtorek, 18 maja 2010

Raz, dwa, trzy

Im więcej czytam o Bałkanach, tym bardziej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to tam właśnie, w ich sercu leży ta cząstka mnie samej dotychczas nieodnaleziona, wolny elektron, który stanowi esencję mojego jestestwa. Gdybym teraz miała planować podróż, pojechałabym tam przez Węgry, dalej Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania, Macedonia, Grecja, Turcja, Armenia, Gruzja i powrót przez Turcję, Bułgarię, Serbię i Rumunię. To byłaby podróż mojego życia. Właśnie to chciałabym w tym/przyszłym roku zrobić. Jak każdy (chyba) człowiek, obdarzony ciekawością poznawczą, chcę podróżować i przecież nie jest to nie wiadomo jaki wyczyn, przecież ludzie jeżdżą tu i tam, co chwila gdzieś czytam, że ten okrętem, tamten motocyklem, a inny jeszcze rowerem. I przecież mogłabym ja też...

Zawsze na drodze takich marzeń staje zawsze pytanie "?".

I jego trzywyrazowa siła zwala z nóg.

środa, 12 maja 2010

25

Mam swoje dwa najgorsze dni w roku. Pierwszym jest Wigilia, drugi to moje urodziny. Niedawno miałam okazję opłakiwać ten ostatni.
Nie ma chyba dnia w roku, kiedy czuję się bardziej skundlona, efemeryczna i sponiewierana. Stuknęło mi właśnie ćwierćwiecze i po raz kolejny zostałam sam na sam ze swoją klaustrofobią. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie wtedy świętują. Przecież to kolejny krok w naszym Sein zum Tode, jakże może cieszyć, skoro zmierza ku końcowi żywota?
Jak zwykle więc znów refleksja nad "czekaniem na...". Przy czym po "na" następuje niewiele, a przeważnie nic. A przynajmniej nic, co człowiek rozsądny uzne - jakichkolwiek działań. Bo swoich, argumentów koronnych, acz sprzecznych z ogólnie przyjętym systemem wartości bolączek mam kilka i sama dla siebie ich nie bagatelizuję. Summa summarum - nie poszło się zbyt daleko od ostatnich kilku lat. I być może nie pójdzie w ciągu kilku najbliższych.
Chociaż wciąż liczę na przełom.
A może nie doczekam? Być może umrę dzisiaj, jutro, za tydzień. Mogłam umrzeć już dawno. Tak niewiele nieraz brakowało, by moja historia zakończyła się pod kołami samochodu, bym zamyśliła się za bardzo, by zauważyć zbliżające się zagrożenie. Tak niewiele, bym sama odebrała sobie Szansę. Przecież ustawa nie przewidywała.
Mój żywot liczy sobie, tak czy siak, te dwadzieścia pięć lat i trzeba się z tym pogodzić. Już nigdy nie będę dziewczynką w warkoczach, nie będę skakać na skakance ani grać na skrzypcach.

Ale mogę sobie czasem kupić żelki :)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Lamotrygina a BPD.

Ponieważ widzę po statystykach, że kilka duszyczek zbłądziło tu w poszukiwaniu wyrażeń typu "Lamotrygina a BPD", postanowiłam zamieścić posta na temat tego leku, a nuż komuś ułatwię żywot. Nie jestem lekarką, o medycynie wiem tyle, ile opowiada mi moja bliska przyjaciółka studiująca na piątym roku Akademii Medycznej. Ale dzięki niej wiem naprawdę wiele o zaburzeniu, na które sama cierpię.
Kilka akapitów, które tu publikuję, to zbiór najbardziej podstawowych informacji, a także kilku rad i wskazówek, które mogą komuś pomóc i mam nadzieję, że pomogą.


Parę słów o BPD

W polskim internecie wciąż nie poświęca się temu zaburzeniu, poza najbardziej chyba popularną stroną Dawida Calińskiego, wiele miejsca, ale opis można znaleźć nawet w Wikipedii, wiec ujmę to bardziej autobiograficznie.

O tym, że mam BPD dowiedziałam się siedem lat temu. Właśnie osiągnęłam pełnoletność, rok wcześniej rzuciłam szkołę na przełomie semestrów, kolejne miesiące chlałam tylko z kolegami, potem wpadłam w depresję. W szpitalu, do którego sama się zgłosiłam, postawili mi diagnozę. Szukając informacji o zaburzeniu, trafiłam na jedną ze stron, na której napisano, że często mylnie wrzuca się "trudnych pacjentów" do tego wora, więc przyjęłam tę opcję za pewnik. Potem stopniowo zaczęłam kojarzyć fakty, które nie pozostawiały wątpliwości.

Kiedyś potrafiłam angażować się w coś bardzo mocno, wydawało mi się, że dana dziedzina czy działalność jest moim powołaniem, żyłam tym przez jakiś czas, a potem nagle skrzydełka mi opadały. Nigdy nie dostrzegałam jak przez swoja chwilowa obsesję zaniedbywałam inne dziedziny. Dostrzegałam za to po czasie, jakie to było śmieszne dla otoczenia i wtedy pojawiał się dół.
Kiedy pisałam wypracowania na polski, zawsze ponosiły mnie emocje. Angażowałam się we wszystko, co pisałam, pióro już potem żyło swoim życiem. Musiałam dawać je do sprawdzenia matce, żeby upewnić się, czy nie zabrnęłam od "Alicji w Krainie Czarów" do sufrażystek, szklanego sufitu i parytetów.

Ale to był light, a wersja heavy: Rzucenie szkoły muzycznej w wieku 8 lat. Zapisywanie się na zajęcia pozalekcyjne, rezygnowanie po trzech miesiącach, najdalej - pół roku. Rzucenie liceum w połowie 3 klasy. Ponowne próby rzucania szkoły odtąd już co roku. Zmiany planów co do kierunków studiów, trzykrotne rzucenie studiów.
Autoagresja, chlanie, prochy (prócz piguł), seks bez antykoncepcji albo z kimś przypadkowym/żonatym/eks*. Albo genialne pomysły, że może zamiast się uczyć, pójdę pracować do Tesco. Znasz to?
Do tej pory brałam: Mocloxil, Coaxil, Afobam, Hydroxyzinum, Lerivon, Seronil, Depakine Chrono... długo by wymieniać. Do rzeczy:

LAMOTRYGINA


O lamotryginę, po dłuższym buszowaniu w internecie, sama poprosiłam. Nie było łatwo. Moja lekarka, zanim wypisała receptę, przeczytała pełen opis w kilku książkach, skonsultowała się jeszcze telefonicznie ze swoim kolegą po fachu, potem ustaliłyśmy dawkowanie. 25 mg na dobę przez pierwsze dwa tygodnie, potem 50 mg przez dwa kolejne, potem 75 mg aż do 100** mg na dobę. Takie dawkowanie miało zapobiec wystąpieniu reakcji alergicznej, która występuje u ok. 10 % pacjentów. W znikomym ułamku przypadków, zagrażającej życiu.


Lamotrygina a Antykoncepcja
Tak, można przyjmować tabletki antykoncepcyjne biorąc lamotryginę. Nie, lamotrygina nie powoduje osłabienia działania hormonów. Nie wiadomo, czy hormony powodują osłabienie działania lamotryginy, aczkolwiek sa takowe przesłanki. <--- am="" kilkoma="" lekarzami="" obu="" skonsultowa="" span="" specjalizacji.="" z="">
Lamotrygina a Alkohol
Każdy lek antydepresyjny na ulotce ma jasną instrukcję, aby nie spożywać w czasie jego przyjmowania alkoholu. Zwykle to ignorowałam i nic się nie działo. Nie wiem, jak jest w przypadku lamotryginy i nie chcę próbować. Jeśli czeka mnie impreza typu obowiązkowego (czyjeś urodziny, Sylwester, itp.), odstawiam tabletki minimum 24 godziny przed. Wystarczy mi, że kiedyś zapiłam Seronil ostro i dostałam po tym takiego przyspieszenia akcji serca, dezorientacji i wymiotów, że byłam przekonana, że umieram. Nawet jeśli więc nie ma tu żadnej reakcji, nie polecam picia w czasie przyjmowania leków.
Efekty
Uwaga! Lamotrygina to nie jest lek w rodzaju standardowych antydepresantów. Dwa tygodnie nie wystarczą, trzeba czekać minimum miesiąc na poprawę nastroju.

OGŁOSZENIA PARAFIALNE!!!
1) Bardzo ważna rzecz, szczególnie dla osób z BPD, bo to u nas typowe: nie odstawiamy samowolnie leku. Żadnego! "Nie pomaga, to bez sensu" - takie jest standardowe myślenie Borderline'a. Albo: "nie może być tak, że tylko dzięki jakimś prochom czuję się dobrze" czy też "dam radę bez leków". Otóż...
Gówno dasz.
Powiedz to sobie od razu, jeśli jeszcze nie przetrenowałeś tego odstawiając poprzednie brane przez siebie leki.
Przez tydzień-dwa jest dobrze, a potem zaczyna się zjazd jak po dobrej dawce kokainy.
Więc albo chcesz się leczyć, albo bawić się lekarzem w kotka i myszkę.

2) Pogódź się z tym, że musisz przyjmować lekarstwa. Inni przyjmują je całe życie na serce, wątrobę, schorzenia krwi. Ty możesz brać je przez kilka lat, a w końcu okaże się, że nie są Ci już potrzebne.

3) Farmakologia to nie wszystko. Najważniejsza jest terapia i to czasami kilkuletnia. Szukaj psychoterapeuty (nie psychologa!) i to najlepiej takiego, który zajmuje się BPD. Zapytaj o to, na pierwszej wizycie. Jeśli nie, nie umawiaj się na następną sesję. Jesteśmy specyficznymi ludźmi i ciężko się z nami pracuje. Potrzeba nam kogoś, kto z własnej woli w trakcie studiów i pracy naukowej zagłębił się w temat. Nawet jeśli masz dojeżdżać do psychoterapeuty poza swoją miejscowość, to uwierz, ze warto.

4) Nie pytaj "Dlaczego ja?".
Wiem, że cierpisz. Ale masz tylko Borderline Personality Disorder, bo zabrakło dla Ciebie AIDS, nowotworu, zaniku mięśni i stwardnienia rozsianego, nie jesteś kaleką, masz wszystkie zmysły, możesz sam chodzić, sam jeść, nie musisz jeździć na dializy, czekać na przeszczep szpiku, wołać pielęgniarki żeby się załatwić.


Czy to działa?

Umieściłam ten akapit na końcu, ażeby gość przeczytał ogłoszenia parafialne powyżej, co mam nadzieję uczynił.

Tak, to działa. Biorę lamotryginę od ponad pół roku i nie wyobrażam sobie teraz funkcjonowania bez niej. Od momentu, gdy zaczęłam przyjmować leki wprawdzie mój świat nie wywrócił się do góry nogami, nie nastąpił wielki przełom, nie jestem teraz szczęśliwa i zadowolona z życia.
Ale wszystko stopniowo nabiera barw. Nie ma już tylko: "moja krzywda", "mój ból", "to jest złe, a to jest dobre". Nie ma już rzeczy i zjawisk czarno-białych, rzeczywistość przestała mieć tylko dwa bieguny. Pojawiły się nowe płaszczyzny, nowe wymiary.
Nie postrzegam już rzeczy tylko w kategorii "szkodliwe"/"zagrażające" albo "korzystne"/"opłacalne". Myślę logicznie, podczas gdy dotąd "myślałam" emocjonalnie. Nie mam tych patologicznych zrywów ażeby zmieniać świat. A jeśli mam, zaraz sobie to uświadamiam i mówię "hold your horses!".
Nie planuję, że wrócę na studia, choć o tym marzę. Najpierw zobaczę, na ile mi się poprawi. Najwyżej poczekam kolejny rok. W końcu jeszcze nie umieram, a jeśli umrę, to po co mi studia? :)

Mam gorsze dni. Ale w końcu zaczynają one przypominać one gorsze dni normalnego człowieka, który czasem czuje się przytłoczony światem, sobą, znajomymi, rodziną, a następnego dnia wstaje śliczny, liryczny i apetyczny.
Przede wszystkim wstaję z łóżka ze świadomością, że mam coś do zrobienia, że muszę/mogę/chcę iść tu czy tam, że mam ochotę na to czy tamto. Kiedyś, otwierając oczy myślałam z przerażeniem, że oto muszę stawić czoła kolejnemu dniowi mojego zasranego życia.
Tak więc czy warto?

Tak, warto.

_____________________
* Wspomniana na samym początku moja przyjaciółka na wykładzie o BPD powiedziała: "A ja mam przyjaciółkę, która właśnie ma BPD!" Na co wykładowca: "O, proszę. Ilu już miała facetów?"
Jeśli ktoś oglądał "Przerwaną lekcję muzyki", to pojawiające się w filmie pojęcie "promiskuityzm" miało w pełni uzasadnione użycie.
**I tu wyjątki z mego autorstwa niespisanej nigdy "Psychologii kontaktu z psychiatrą": Maksymalna dawka lamotryginy wynosi 400 mg na dobę, ale po pierwsze - nie sądzisz chyba, że końskie dawkowanie jest Ci potrzebne, po drugie - rozmawiając ze swoim psychiatrą, zgódź się na proponowane przez niego dawkowanie. Poza tym:

  • Ciesz się, że w ogóle się zgodził na lamotryginę, bo część lekarzy, a szczególnie ta starsza, jest niereformowalna.
  • Wiem, że istnieją lekarze nie do zniesienia. Wiem, że wydają się lub są durni. Ale jakimkolwiek dupkiem albo frajerem byłby Twój lekarz, to facet studiował 6 lat medycynę i kolejnych 6 robił specjalizację z psychiatrii, więc nie obrażaj jego fachu. Może nie miał do czynienia z tym lekiem? Może nie lubi eksperymentów? Może ma ubogie życie seksualne?
  • Przyjdź na kolejne wizyty, nawet jeśli jeszcze nie skończyły Ci się lekarstwa. Nie traktuj lekarza jak drukarki do recept. On chce Ci pomóc, nawet jeśli tylko dlatego, że mu za to płacą.

Drogi czytelniku!
Jeśli masz Borderline lub ktoś z Twojej rodziny dotknięty jest tym zaburzeniem, jeśli chcesz o coś zapytać, uzyskać radę, napisz śmiało na adres w moim profilu.

środa, 6 stycznia 2010

Się wie

Pisanie w nocy ma tę zaletę, że w całkowitej ciszy można usłyszeć tę część swoich myśli, które za dnia zagłusza się muzyką, krzątającymi się wokół domownikami, gotująca się w czajniku wodą i miauczeniem kota. A koty występują u nas od dziś w liczbie 3. Najmłodsza pociecha dała się zwabić widmem szynki i resztek indyka, choć zanim zabrała się za te pyszności, zupełnie jak nie-kot, zeżarła resztki bigosu wprost z mojego talerza. Nie żeby żarcie prosto z ludzkiego talerza nie było w kocim stylu, ale żeby tak bigos? I w ogóle skąd wie, że u nas się można stołować? Jakieś kocie plotki?
Nie robimy postępów.
Gnuśniejemy i otulamy w ciszę w nadziei, że gdy nie będziemy o nich mówić, lęki znikną. Izolujemy się i upadamy, a potem czołgamy do łazienek, kuchni, z pozycji parterowej i całkowicie przytłoczonej robimy sobie jakieś śmieszne kolacje i bezsensowne herbaty. Czasami rozmawiamy i częstokroć pozornie zbliżamy się do jakiegoś "przed nami", by już za chwilę odkryć, że jego wizja jest równie albo i bardziej jeszcze odległa, niż była przed chwilą. Tęsknimy, każde za czymś i kimś innym. Czasami mamy ochotę zabić się nawzajem a czasem tylko Się.
Ale Się jakoś nie chce dać się zabić. Się jest mądrzejsze i wie, że jest coś "przed nami", choć go nie widać. Każde z nas widzi to u drugiego, choć nie może zlokalizować u siebie.
Próbowałam wczoraj iść wcześniej spać. Próbuję często, ale nawet jeśli kapituluję o godzinie wcześniejszej niż kopciuszkowa, to i tak chaotyczny mój organizm bojkotuje wszelkie postanowienia. Wyłączam komputer, czytam kilka stron "Rumunii...", a moje powieki nawet raczą wyrazić chęci opadnięcia. Gaszę światło i próbuję autosugestii - bezskutecznie. Po czym zasypiam o godzinie trzeciej albo i czwartej, nastawiam przedtem budzik - na 9 albo i 10, coby być realistką - a dnia następnego nie mogę podnieść się z łóżka. Wstaję w południe, a nawet i później.
Kolejny bezrobotny dzień w dupę.
Znowu palę papierosy.